Nie potrafię zliczyć i spamiętać ile razy i od ilu ludzi: czy to rodziny, znajomych, czy obcych słyszałam ten tekst: "Małe dzieci - mały problem, duże dzieci - duży problem".
Nie wiem, skąd takie teksty ludzie biorą, ale u mnie jak na razie wygląda to tak:
Młoda od urodzenia spokojna, wesoła i uśmiechnięta, dziecko bezproblemowe i uważne tak, że swego czasu omijało każdy kamyk czy patyk na swej drodze. Do pewnego czasu wszystkożerna choć i teraz nie mogę narzekać mimo, iż menu nam się jakoś tak dziwnie kurczy ;) Na palcach policzę ile razy mieliśmy z nią "problemy". Można by rzec - dziecko idealne.
Później przyszła na świat Młodsza. Od razu było widać, że niezłe ziółko z niej będzie, bo urodziła się z fochem (serio - miała fochniętą minę już od pierwszych chwil swojego życia). I faktycznie - pokrzykiwała, popłakiwała i nic jej nie pasowało. Przy drugim dziecku dowiedziałam się też czym są kolki. Praktycznie pierwsze trzy miesiące żyłam jak w jakimś koszmarnym transie. Co do Młodej - pokochała małą krzykaczkę i pilnowała jak oka w głowie, ale z tego może się kiedyś zrobi jakiś dłuższy wpis ;) Jednak z biegiem czasu kolki i bezpodstawne krzyki minęły. Nicnieżerna do prawie roku, jednak na cycu więc doktor mnie uspokajał, że jak będzie gotowa to sama się upomni bo do roku ma próbować, po roku ma zacząć jeść, a póki co jej nic nie brakuje. Idąc za tymi słowami (szanuję tego lekarza, jest spoko) faktycznie wszystko poszło jakoś tak łatwiej - jak się zaczęła upominać i interesować zawartością naszych talerzy to poszło z górki, a ja nie musiałam nic wciskać do jej otworu gębowego tylko po to, by zaraz zbierać to z podłogi.
Teraz moje panny mają 3 i 5,5 roku i wiecie co? Z miesiąca na miesiąc moje dzieci rosną, a problemy maleją. Potrafią się bawić cały dzień, od zawsze mają wspólny język i zawsze kiedy na nie spojrzę, to cieszę się, że chcieliśmy mieć z mężem dwójkę dzieci w niezbyt dużym odstępie czasu. Było ciężko, ale teraz zwraca mi się to z nawiązką.
Reasumując - osobiście mogę póki co powiedzieć, że czym większe dzieci, tym mniejszy problem. Rozumiem, że później będzie szkoła, nauka itd, ale jak dotąd szkodniki mam rozgarnięte, a ja sama raczej kumata jestem więc w razie czego przy nauce pomogę. Mąż też do gamoni się nie zalicza ;P Co do czasów późniejszych - się zobaczy. Ja byłam spokojną nastolatką, rodzice ze mną problemów nie mieli. Można wręcz powiedzieć, że byłam w domu jak taki cichy cień. Chyba byłam nudna ;D
Nic, to tyle na dzisiaj. Nie wiem jak Wy, ale u mnie jak na razie ten pradawny tekst z nagłówka został obalony. Co będzie dalej? Nie wiem, może za te 7 czy 10 lat jeszcze będę skrybolić na tym blogu i ktoś będzie mnie czytał i o ile mnie skleroza nie dopadnie to zdam relację ;)
Do następnego razu ^_^
Cukierniczka
Comments
Post a Comment